Pliki Cookies zapewniają sprawne funkcjonowanie tego portalu, czasami umieszczane są na urządzeniu użytkownika. Ustawienia cookies można zmienić w przeglądarce. Więcej o przetwarzaniu danych w polityce prywatności. Prosimy o wyrażenie zgody na cookies.

Tak, zgadzam się
Nie teraz
Copernicus Center Press
KSIĄŻKA TYGODNIA
Nie jesteś sam w domu. Od drobnoustrojów po krocionogi, śpieszki i pszczoły miodne. Historia naturalna stworzeń, z którymi dzielimy życie

Badania Dunna pozwalają na nowo docenić istoty, które wielu z nas uważa za szkodniki. - „Science News”

KATALOG

Filmy

Z autografem

Biografie

Etyka

Filozofia ekonomii

Filozofia nauki

Filozofia prawa

Historia filozofii

Kognitywistyka

Kosmologia

Lingwistyka

Logika

Matematyka

Nauka i religia

Nauki ewolucyjne

Michał Heller

Zagadnienia Filozoficzne w Nauce

Wydania kieszonkowe
Seria Piąty Wymiar
Książki po przejściach
Seria Nauka i Religia

AI

Ogólnopolski Dzień Praw Zwierząt

JĘZYK w najlepszym wydaniu

Burzliwa biografia człowieka. Wszyscy wyszliśmy z Afryki - Gazeta.pl

2015 - 11 - 06 / 10:29

Czy romantyczna miłość jest jedynie przypadkowym wytworem ewolucji? Dlaczego biodra kobiety powinny mieć metr szerokości, a do grupy najbliższych nam ludzi może należeć jedynie 150 osób? Na te i inne pytania odpowiedział nam Robin Dunbar, autor niezwykłej biografii człowieka.

 

 

Co to znaczy „być człowiekiem”? (w przeciwieństwie do bycia „zaledwie” małpą człekokształtną). I w jaki sposób staliśmy się tym, kim jesteśmy?

 

Nasza historia zaczęła się około dwóch milionów lat temu, kiedy populacja człowieka prehistorycznego z Afryki rozpoczęła przemianę, która zaowocowała powstaniem nowego gatunku - homo sapiens. Większe mózgi, łatwość przystosowywania się do zmieniającego się środowiska i umiejętność współpracy w dużej grupie sprawiły, że szybko wyparliśmy z tamtych terenów inne gatunki praludzi.

 

Musiał upłynąć jeszcze milion lat, zanim jedna linia ewolucyjna człowieka współczesnego z północno-wschodniej Afryki przekroczyła Morze Czerwone. 70 tysięcy lat temu kolonizacji uległo południowe wybrzeże Azji, a 30 tysięcy lat później padło ostatnie wolne od homo sapiens miejsce na Ziemi, czyli Australia. Od tej pory człowiek był już wszędzie i szedł do celu po trupach.

 

Dlaczego akurat ta jedna linia rozwojowa z grupy afrykańskich człowiekowatych podążyła tak niezwykłą ścieżką? I dlaczego tylko jedna grupka owych wczesnych homininów [podplemię ssaków naczelnych z rodziny hominidów, czyli człowiekowatych -  przyp. red.] wyłoniła się z bezładnej radiacji australopiteków, aby skolonizować Stary Świat i stać się ostatecznie jedynym członkiem tej linii, która przetrwała zmiany klimatyczne, które nastąpiły w późniejszych fazach plejstocenu? Wreszcie zaś - dlaczego z grona pomyślnie rozwijających się linii rozwojowych, które wyłoniły się z rodzaju homo w środkowym plejstocenie, tylko jedna - nasza własna - dotrwała do dziś?

 

Ostatnie ogniwo ewolucji

 

To nie jest podróż przez skamieliny i stanowiska archeologiczne. To nie jest opis rozrastania i zmieniania się kolejnych organów ludzkiego ciała, które doprowadziło do tego, że dzisiaj rano patrząc w lustro, widziałeś dwunożną istotę o wąskich biodrach, płaskich stopach i wyprostowanej postawie. To jest ciągnąca się przez dwa miliony lat ewolucja naszej postawy społecznej, emocji, umiejętności nawiązywania relacji i życia w grupie, czyli tego wszystkiego, co określa się mianem „bycia człowiekiem”.

 

„Człowiek. Biografia” autorstwa brytyjskiego antropologa i psychologa ewolucyjnego Robina Dunbara to swego rodzaju ściąga, ewentualnie podsumowanie wcześniejszych publikacji autora, który łącząc różne dziedziny wiedzy, prowadzi nas krok po kroku przez świat ewolucji, której w tej chwili jesteśmy ostatnim ogniwem. W tej chwili, gdyż ewolucja to coś, co dzieje się nieustannie. Być może kiedyś my, ludzie współcześni, podobnie jak dla nas neandertalczycy czy denisowianie, staniemy się przyczynkiem do badań nad genezą kolejnego gatunku hominidów (czyli człowiekowatych), który dzięki lepszemu przystosowaniu do panujących warunków wyruguje nas z zajmowanych obecnie terenów i miejsc. W końcu nikt nie powiedział, że w historii życia na Ziemi zajmujemy ostatnie miejsce.

 

My, ludzie, jesteśmy dwunożnymi małpami człekokształtnymi, a paleoantropolodzy identyfikują naszych najwcześniejszych przodków właśnie dzięki śladom dwunożności.

 

Miłość z włóczęgi


Długie, mocne i przystosowane do chodzenia - czyli szybkiego pokonywania dużych odległości - nogi, wyprostowana postawa, dzięki której ciała hominidów absorbowały mniej światła słonecznego, brak owłosienia, umiejętność pocenia się, by wydalić nadmiar ciepła - to wszystko sprawiało, że nasi przodkowie byli stworzeni do włóczęgi. Nie powinno więc dziwić, że tak szybko zajmowali kolejne ziemie.

 

Jednak wyprostowana postawa, a co za nią idzie - bardziej kulisty kształt miednicy, a także rozrastający się, wypełniający coraz większą przestrzeń mózg sprawiły, że ewolucja stanęła przed poważnym wyzwaniem: co zrobić z rozmnażaniem się? Gdyby człowiek miał narodzić się przystosowany do życia tak jak inne ssaki, ciąża musiałaby trwać 21 miesięcy. Kobieta nie byłaby w stanie nosić tak dużego płodu, a sam poród byłby koszmarem. Obwód głowy rocznego dziecka (9 miesięcy ciąży plus 12 miesięcy życia daje wymagane 21 miesięcy) wynosi zwykle 45-50 cm. Nawet gdyby główka skurczyła się o kilka centymetrów do porodu, to wciąż trudno jest sobie wyobrazić, by mógł on się odbyć siłami natury.

 

Oczywiście ewolucja mogła pójść w kierunku poszerzania bioder samic - wówczas ich obwód skoczyłby z obecnych około 100 cm do grubo ponad 200 cm, bo miednica, przez którą mogłoby przedostać się tak wielkie dziecko, musiałaby mieć odpowiednią szerokość. To byłoby jednak ogromnym utrudnieniem w szybkim przemieszczaniu się, a nomadyczny tryb życia okazał się dla naszej natury ważniejszy. Paradoksalnie, niejako przypadkiem doprowadził do jeszcze jednej, bardzo obecnie pożądanej konsekwencji, a mianowicie wspólnej opieki rodziców nad dzieckiem.

 

Mały człowiek rodzi się w pierwszym momencie, w którym może egzystować poza ciałem matki. Nie jest jednak w stanie przetrwać bez jej opieki. Takie związki jak endorfiny czy oksytocyna uwalniane są, aby połączyć emocjonalnie matkę z dzieckiem, która dbając o nie, da mu szansę na przeżycie. Ale na tym nie koniec. Tak bezbronny potomek wymaga opieki większej liczby osób, czyli na przykład ojca. W dodatku wśród naczelnych częstym procederem jest mordowanie potomstwa samicy, by ta szybciej mogła zajść w ciążę z kolejnym partnerem. Karmienie dziecka matczynym mlekiem jest naturalnym środkiem antykoncepcyjnym, dlatego ustanie laktacji wywołane np. śmiercią dziecka wznawia płodność.

 

Aby przetrwał gatunek, potrzebne były emocje, które powiążą ze sobą samca i samice, dając tym samym szansę na przetrwanie ich bezbronnemu przez długi czas potomstwu. Samiec związany emocjonalnie z matką swego dziecka i z nim samym stawał się rodzajem ochroniarza dla potomstwa. W ten oto pokrętny sposób dobór naturalny wytworzył miłość, a żeby ją przypieczętować, również seks, który ludzie mogą uprawiać nie tylko dla prokreacji, ale również by budować więzi. W dodatku mogą go uprawiać także poza okresem godowym, co wyjątkowo wyróżnia nas spośród pozostałych ssaków.

 

Ludzkie związki męsko-damskie są dwuosobowe bez względu na to, czy w danej kulturze małżeństwa są akurat monogamiczne czy poligamicznie (czy wręcz poliandryczne). Inaczej mówiąc, związek romantyczny sam w sobie nie musi mieć związku z systemem małżeńskim. Systemy małżeńskie wydają się natomiast bardzo zmienne i zależą głównie od lokalnej sytuacji ekonomicznej i tradycji.

 

Cały artykuł dostępny na stronie Gazeta.pl

 

Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka